Azory od dawna były dla mnie jednym z tych miejsc na mapie świata, które wyglądają bardziej jak wizja niż realny punkt podróży. Archipelag pośrodku Atlantyku — odległy, zielony, wulkaniczny i niemal zapomniany przez masową turystykę.
To tutaj Europa kończy się naprawdę, a zaczyna bezkres oceanu.
Moja podróż na Azory była częścią większej wyprawy, ale szybko okazało się, że to miejsce zasługuje na osobny rozdział. Surowe klify opadające wprost do Atlantyku, jeziora w kraterach wulkanów, puste drogi wijące się przez soczyście zielone wzgórza i miasteczka, które wyglądają jak zatrzymane w czasie.
Azory nie krzyczą. Azory uspokajają.
To podróż nie po atrakcjach, lecz po przestrzeni, ciszy i poczuciu, że jesteś bardzo daleko od wszystkiego — a jednocześnie wciąż w Europie.Największa z wysp — São Miguel — okazała się miejscem niezwykle kontrastowym. W ciągu jednego dnia można tu przejechać przez górskie krajobrazy przypominające Nową Zelandię, tropikalnie zielone doliny, wulkaniczne jeziora, plantacje herbaty i dramatyczne klify przypominające Irlandię.
Pogoda zmienia się tu szybciej niż gdziekolwiek indziej — słońce, mgła i deszcz potrafią pojawić się w ciągu kilkunastu minut. To jednak część uroku tego miejsca, które żyje w rytmie oceanu i wulkanów.


























