To wyjątkowe doświadczenie polega na locie śmigłowcem w Himalaje i śniadaniu z widokiem na Mount Everest na wysokości ponad 5000 m (w regionie Khumbu). Jest to jedna z najbardziej ekskluzywnych atrakcji Nepalu — szybki dostęp do świata, do którego normalnie dociera się wielodniowym trekkingiem.
Od wczoraj jestem w Katmandu — chaotycznej, głośnej, fascynującej stolicy Nepalu. Spaceruję po mieście, obserwuję codzienne życie mieszkańców i jednocześnie realizuję plan, który od pewnego czasu chodził mi po głowie: lot helikopterem w Himalaje pod Mount Everest.
W jednej z bocznych uliczek znajduję biuro operatora takich wypraw. Po krótkiej rozmowie ustalamy szczegóły — następnego dnia o świcie polecę do Everest Base Camp, jednego z najbardziej spektakularnych miejsc na Ziemi. Jako pilot śmigłowca stawiam jeden warunek: siedzę z przodu, obok kapitana, inna opcja mnie nie interesuje. Po paru godzinach dostaję potwierdzenie, kapitanowie siedzą z przodu :).
Następnego dnia melduję się na lotnisku jeszcze przed świtem. Jest prawie ciemno, w dolinach zalega półmrok. Startujemy kilka minut przed wschodem słońca. Czuję mieszankę ekscytacji i lekkiego napięcia — to będzie coś wyjątkowego.
Na pokładzie oprócz mnie i pilota znajduje się jeszcze jeden pasażer z tyłu — Japończyk, który również postanowił przeżyć tę niezwykłą przygodę. Lecimy w kierunku Lukli — legendarnego portu lotniczego znanego z jednego z najtrudniejszych podejść do lądowania na świecie. Krótki pas startowy zakończony pionową ścianą skały robi ogromne wrażenie, choć dla śmigłowca nie stanowi większego problemu.
Lądujemy. Drzwi się otwierają. Obsługa naziemna szybko ładuje na pokład butle z tlenem. Pilot zakłada rurki tlenowe — znajdujemy się już na wysokości około 2,5 tysiąca metrów nad poziomem morza, a przed nami wznoszenie aż do ponad 6000 metrów. Jako pilot zastanawiam się, jak mój organizm zareaguje na taką wysokość. Nie dostaję tlenu — pozostaje mi obserwować własne samopoczucie.
Silnik pracuje nieprzerwanie. Na pokład wsiada jeszcze dwoje pasażerów – trekkingowców, których zabieramy w wyższe partie gór. Śmigłowiec zostaje szybko dotankowany — wszystko odbywa się przy pracującym silniku, co samo w sobie jest dość zaskakujące. Drzwi zamknięte, sygnał gotowości, kciuki w górę, startujemy ponownie.
W międzyczasie wschodzi słońce. Niebo staje się idealnie błękitne, widoczność jest perfekcyjna. Lecimy nad Everest Base Camp — miejscem, z którego himalaiści rozpoczynają swoje podejścia na najwyższą górę świata. Robimy krąg widokowy nad lodowcem i obozem, po czym schodzimy nieco niżej i lądujemy na wysokości około 5000 metrów na specjalnie przygotowanym lądowisku.
W pobliżu znajduje się niewielki hotel. To właśnie tutaj czeka na mnie jedna z najbardziej niezwykłych atrakcji świata — śniadanie z widokiem na Mount Everest.
Fantastyczna pogoda, absolutna cisza, krystaliczne powietrze i monumentalna sceneria Himalajów. Kilka śmigłowców stojących na polanie i zaledwie garstka ludzi z różnych zakątków globu. Tosty, jajecznica, kawa, sok — zwykłe śniadanie w zupełnie niezwykłym miejscu.
Siedzę, patrzę na Everest i mam poczucie absolutnej błogości. Moja pasja do latania, podróży i odkrywania świata spotyka się tutaj w jednym punkcie — niemal na dachu Ziemi.
To doświadczenie trudno porównać z czymkolwiek innym. Jedno z tych przeżyć, które zostają w człowieku na zawsze.
Popatrzcie sami!














